Opowiadanie Naurloke


- Proszę oskarżoną o powstanie. Gaisho Meneret zostałaś
oskarżona o okrutne morderstwo, w którym powarzyłaś się podnieść rękę na
członków rodzin arystokratycznych. Stojąca przed sądem kobieta nic nie
powiedziała, potrząsnęła tylko głową odgarniając ognisto rudy kosmyk
włosów sprzed twarzy. Skrzyżowała ręce na piersi i przeniosła ciężar
ciała na lewą nogę. Jej wzrok był obojętny z drwiącym błyskiem.
- Niezostały przedstawione żadne dowody twej niewinności, ty sama zaś swej
zbrodni się nie wyparłaś - sędzia zrobił pauzę. Tłum zgromadzony na sali
milczał. - Zgodnie z prawem królestwa Nered - kontynuował siwiejący
mężczyzna - zostajesz skazana na ścięcie. Kobieta nie zmieniała pozycji. Sędzia
mówił dalej. - Król jednak skorzystał z danego mu mocą ludu
prawałaski... - nikły uśmiech triumfu pojawił się w ustach kobiety -
Jednak musisz
niezwłocznie opuścić królestwo skazana na niełaske miłościwie
panującego króla Heoddreta II. Jeżeli powrócisz czeka cię śmierć.
Chcesz cośpowiedzieć? - Drueth ester penaer ser at unue*- powiedziała
kobieta
patrząc w głąb sali, gdzie na fotelu siedział może 32 letni, bogato ubrany,
przystojny mężczyzna. - Już niedługo, z rąk tych, których uważasz za
przyjaciół, zaś ci, których za wrogów uważasz przyjdą ci z pomocą...
Mężczyzna nie spojrzał na kobietę, wciąż patrzył na swoje kolana. -
Jeżeli to wszystko - sędzia gestem uciszył szemrający tłum - możesz
odejść. Kobieta skłoniła się, po oficersku, sztywno przykładając pięść do
piersi lekko kłaniając się całym tułowiem. Odwróciła się. Na sali
panowała absolutna cisza, słychać było tylko stuk butów o marmurową
podłogę.
(*śmierć niedługo upomni się o ciebie)

***************
Drzwi komnaty otworzyły się gwałtownie. Młody król padł na jedyny znajdujący się
w gabinecie fotel. Za nim do komnaty wszedł niski, chudy, w niedającym się
określić wieku mężczyzna. Na haczykowatym nosie miał osadzone szkiełka
w metalowych oprawkach, które sam nazywał pomoczkami. Gdy wszedł,
zamknął drzwi i zwrócił się do króla dziwnie piskliwym głosem. - Czy aby to
było rozsądne Panie? Król podniósł na niego zmęczony wzrok. - Łaska czy
ogólnie sąd? - Sąd Panie, przecież Gaisha była naszym najlepszym
oficerem...- męzczyzna zawachał sie na chwilę, widząc wzrok władcy. Król
splótł palce obu dłoni i oprał na nich podbródek. - Mów, Zzra ja ciebie
cały czas słucham. Chudy doradca zawahał się na chwilę. - Była naszym
najlepszym oficerem - podjął po chwili Zza - a jej wina nie była udowodniona,
to, co zostało przestawione były tylko nikłymi poszlakami... Król
milczał przez jakiś czas, po czym odezwał się nagle. - Pamiętasz Zzra ostatni
bal? Było to pytanie retorycznie, Zzra miał doskonałą pamięć - Tak
Panie. - Zatem pamiętasz, co pani Meneret miała na szyi. - Medalion w kształcie
rombu, z czerwonym oczkiem, przecięty mieczem. Medalion był z dziwnego
czarnego metalu - powiedział bez wysiłku Zzra. - Wiesz, czego to jest znak? -
Nie Panie. - Wojowników Sekty Malera. - Nie słyszałem. - Ja tez nie,
dopóki nie dokopałem się do starych, nieco zniszczonych zapisków. Zapiski te
traktowały o jakieś legendzie. Była tam mowa o zderzeniu się dwóch
równoległych światów. Wiesz, o co chodzi? - Oczywiście Panie, teoria Derektera
jest ogólnie znana. - Dobrze. W wyniku zderzenia się tych dwóch
światów, jeden z nich uległ zniszczeniu, zaś w drugim otworzyły się wrota, przez
które uciekali ludzie ze zniszczonego wymiaru do ocalałego świata -
naszego świata. Tyle z tych zapisków jest czytelne. Później tekst się
rozmazuje. Można odczytać tylko pojedyncze zdania, czy słowa. Z tych
pojedynczych
zdań wynika, że do ocalałego świata przedostaje się niebezpieczna sekta
o nazwie Wyznawcy Malera, których znakiem, cytuje, \"jest romb czarny z
okiem krwistym, mieczem przecięty\". - Coś jeszcze było w tych zapiskach? -
Tak, to wryło mi się najbardziej w pamięć, \"przyniosą ogień i śmierć
wszystkim Znienawidzonym u władzy stojącym\". - Nie uważasz Panie, trochę
dziwne, że nikt nie słyszał o nich, ani o tej legendzie? - Może to
dziwne, a może oni zadbali o to, by nikt o nich nikt się nie dowiedział.

*****************
Sala była przestronna i nie licząc tronu na podwyższeniu
całkiem pusta. Rudowłosa kobieta stojąca przed tronem przyglądała się
siedzącemu tam mężczyźnie. Mężczyzna był w średnim wieku, ubrany w
luźne szaty patrzył gdzieś poza salę. W zamyśleniu gładził się po
zadbanej ciemnej, brodzie. Po dłuższej chwili odwrócił wzrok do kobiety. -
Szkoda, że zostałaś odesłana, wielka szkoda, ale również wielkie
szczęście, że do nas wróciłaś ważne wiadomości nam przyniosłaś. Dziękuje
Gaisho, możesz odejść. Kobieta skłoniła się. Mężczyzna milczał dopóki
nie przebrzmiał dźwięk zamykanych drzwi. - Niedobrze się stało - odezwał
się cicho mężczyzna opierając brodę na splecionych dłoniach. - Nawet
nie wiesz jak bardzo - odezwał się szept zza wysokiego oparcia tronu. - Ty
mi powiedz. Zza tronu wyszedł cień w kształcie przypominającym kobietę,
dało się zauważyć zarys piersi, tali i nóg a także burzę włosów. - Co
czułaś? -zapytał mężczyzna. - Nienawiść - odpowiedział cień szeptem
po chwili milczenia - nienawiść skierowaną do niej. Nie możemy się
dalej ukrywać, jeżeli on wie inni dowiedzą się niedługo. Mężczyzna
milczał. - Pokażmy im, że nie są bezpieczni - powiedziała kobieta. - Masz racje
Resh, czas by świat dowiedział się o nas...
*******************
W pałacu z krzykiem obudziła się Dereshka czternastoletnia córka króla
Heoddreta. Siedząc na puchowym łóżku, kurczowo trzymała się kołdry i
gwałtownie łapała oddech. Jeszcze pamiętała koszmar, który przed chwilą jej
się przyśnił. W tym śnie była dorosłą kobietą ubraną w długie
uroczyste szaty. Żegnała się z jakimś mężczyzną ubranym w srebrną kolczugę i
z czarnym płaszczem na ramionach. Kobieta musiała bardzo kochać tego
mężczyznę, bo płakała, gdy mówiła, że nigdy się już nie spotkają.
Mężczyzna próbował ją pocieszać, że jeszcze się ujrzą, ale niewiele to
dało po kobieta płakała dalej trzymając się za zaawansowaną już
ciążę. Nagle zagrały trąby mężczyzna przytulił kobieta, pocałował ją o
odszedł na odprawę. Kobieta patrzyła tylko za odchodzącym ukochanym. Wtem
nastąpił wybuch gdzieś przed nią. Zobaczyła jak w jej stronę pędzi fala
oślepiającego światła. Ostatnim obrazem, jakim Dereshka zapamiętała ze
swojego snu, był ów mężczyzna, z którym się żegnała pochłaniany
przez falę światła, później była tylko ciemność. Dereshka uspokojona
położyła się na łóżku. Ledwo, co zamknęła oczy poczuła jak ktoś
dłonią zasłaniała jej usta. Otworzyła oczy, jedynym, co zdąrzyła zobaczyć
był medalion o dziwnym kształcie później poczuła pchnięcie noża i dla
niej nastała ciemność.
******************
Gaisha oderwała wzrok od zapisków, poczuła lekki impuls. Zamknęła oczy
odebrała mentalną wiadomość. Spojrzała na zebranych wokół stołu
oficerów, ubranych w jasne kolczugi i czarne płaszcze z srebrnym
smokiem brygady specjalnej \"Sear\'ren\".
Popatrzyła na każdą z twarzy osobno. Braci Meada i Maglosa, dojrzałego w
latach Sehera, hardą Elwen i młodego, przystojnego Reista. - Nadeszło wezwanie
- powiedziała wreszcie - spotkanie na polanie Starej Rady za trzy dni.
Zebrani oficerowie uśmiechnęli się. - Za chwałę Melara! - krzyknęła Gaisha
- Za chwale Melara! - odkrzyknęli chórem oficerowie, czarne płaszcze
załopotały i po chwili Gaisha usłyszała dobiegające przed namiotem rozkazy
oficerów, przygotowujących brygadę do wymarszu. - Mniej nas w swojej opiece
Jedyny - powiedziała cicho Gaisha, zapowiadała się ciężka bitwa.

******************
Gdy goniec docierał do drzwi królewskiej komnaty,
usłyszał krzyk króla - Mówiłem ma być najlepszy i nie ważne ile będzie
chciał! - Ależ panie nie powinniśmy tak pochopnie...- odpowiedział jakiś
piskliwy męski głos - Wiem, kto to zrobił, nie mam, co do tego żadnych
wątpliwości! Goniec zapukał - Wejść! - krzyknął rozdrażniony król. Goniec
wszedł do komnaty pokłonił się przed królem i pochylił głowę przed
doradcą Zzrem. - Melduj. - Żołnierze południowej strażnicy Dern meldują o
zbierających się opodal polany Starej Rady ludzi, w tym żołnierzy. - Ile?
- Narazie, około 500 ale wciąż przybywają nowi. - Co to za żołnierze? -
Nie wiem panie, ale noszą dziwne medaliony. - Niech zgadnę czarny romb z
czerwonym kryształem przecięty mieczem. - Dokładnie taki, jakbyś go
widział panie. Król milczał przez chwilę. - Dziękuje możesz odejść. Gdy
goniec wyszedł Heoddret odezwał się do starszego mężczyzny. - Wezwij
Wilenetreta. - Ależ panie... - Wezwij tego przeklętgo czarodzieja!

*****************
Arcykapłan boga Melara patrzył na zbierające się w dolince wojsko.
Zielone płaszcze powiewały na wietrze, a kolczugi lśniły w słońcu. Z
dołu słychać było rżenie koni i zgrzyt osełek. Mężczyzna pogładził
swoją ciemną brodę. - Już 700 żołnierzy - szeptał arcykapłan. - ale to
wciąż za mało. Gdy to mówił na polanę wjechała kolumna ok. 500
konnych. Wszyscy jeźdźcy mieli na głowach hełmy ozdobione srebrnymi piórami
ptaków duano, na ramionach mieli czarne płaszcze ze srebrnymi smokami. -
Wreszcie przybyli - arcykapłan uśmiechnął się i wysłał impuls mentalny do
jednego z żołnierzy jadących na przedzie. Chwilę potem przed
arcykapłanem stała jasnowłosa kobieta. - Witaj Elwen. Kobieta
pokłoniła się. - Mam
zadanie dla ciebie i dla twej śmigłej klaczy. - Słucham. - Pojedź do
Dershy i przyprowadź mi Rashę - mówiąc to rzucił do Elwen czarny kamień. -
Rozumiem. - No leć już. Kobieta wsiadła ja jasną klacz, popędziła
konia w galop. Dla zmniejszenia ciężaru zostawiła w obozie całą swoją broń
oraz kolczugę. Arcykapłan patrzył przez chwile na szybko niknąca
sylwetkę konia i jeźdźca, po czym odwrócił się powrotem w stronę polany. Nowo
przybyła brygada już się zadomowiła. Mężczyzna spojrzał na wschód. -
Czeka nas ciężka bitwa. Nie wiedział jeszcze, jaka to będzie bitwa.

*******************

W orszaku jechał jedynie król Heoddret, doradca Zzra,
czarodziej Wilentret oraz dwóch pachołków i przydzielony z strażnicy Dern
żołnierz. Król przez cały czas był zatopiony w swoich własnych myślach.
Czarodziej cały czas studiował grubą księgę i mruczał cos pod nosem.
Zza był dziwnie wesoły, śpiewał nawet jakąś pieśń w dziwnym języku.
Król nie zwracał na to wszystko uwagi patrzył przed siebie, na
rozciągający się przed nim krajobraz. Jechali już drugi dzień, dwie godziny temu
wyruszyli z wieży Dern, skąd mieli jeszcze kilka godzin drogi do polany Starej
Rady. Mijali pola uprawne gdzie ludzie w pocie czoła pracowali, by
wyżywić swoje rodziny, obdarzając przejezdnych obojętnymi spojrzeniami. Nie
wiedzieli, co ci podróżni wywołają.
**********
Elwen popędzała klacz do szybkiego galopu. Jechała tak cały dzień, nie
licząc krótkiego postoju koło południa, koń jednak nie wyglądał na
zmęczonego. Było trochę po
zachodzie słońca, gdy przybyła do zamku, własności arcykapłana i
nieoficjalnej świątyni wyznawców Melara. To tutaj szkolono kapłanów i
wojowników. Elwen zeskoczyła z klaczy, oddając wodze pachołkowi. Idąc korytarzem
pozdrowiła kapłankę, jedną z nielicznych, które zostały i skierowała
się do prywatnych komnat arcykapłana, gdy weszła do gabinetu zastała tam
siedzącą za biurkiem i czytającą jakąś książkę kobietę- cień. - Rash?
- odezwała się Elwen, gdy kobieta nie zwróciła na nią uwagi, stanęła
nad biurkiem. - Już momencik kochana - powiedziała szeptem Rash, chwilę
jeszcze czytała, po czym zamknęła książkę i stanęła przed Elwen.-
Słucham cię. - Arcykapłan prosi byś do niego dołączyła - wyjaśniła Elwen.
Kobieta -cień skinęła głową. Elwen wyjęła otrzymany od arcykapłana
czarny kamień i wyciągnęła go w stronę Rash, ta tylko położyła na nim
rękę i zniknęła w jego wnętrzu. Kamień dotąd matowy zaczął świecić
wewnętrznym blaskiem. Elwen schowała kamień powrotem do sakwy i wyszła.
Klacz gotowała się do galopu, Elwen wskoczyła zgrabnie na siodło i
popędziła konia.

************

Dotarli do polany ścieżką, prowadzeni przez
żołnierza przydzielonego z strażnicy Dern. Nikt ich nie niepokoił. Gdy
spojrzeli w dół, w dolinę, gdzie rozciągała się polana widok o mało nie
zwalił króla z konia. Na ogromnej polanie zgromadzonych było ponad 1000
żołnierzy. - Mówiono mi tylko o 500 - zwrócił się król do żołnierza. -
Panie mógłbym przysiąc, że jeszcze wczoraj było ich nie więcej niż 1000
- powiedział zmieszany żołnierz. Król chciał coś powiedzieć, ale
przerwał mu czarodziej. - Przypominam, że zapłacono mi tylko za trzy dni i
naprawdę chciałbym już wracać do przerwanej pracy naukowej. Król chciał
powiedzieć coś na temat zachłanności czarodziei, nawet w obliczu
zagrożenia dla kraju, ale zamiast tego powiedział tylko - Czyń swą powinność i
wracaj do swej wieży. Czarodziej skłonił głowę. Utkwił wzrok na środku
polany, podniósł do góry ręce i silnym głosem zaczął inkantacje.

************

Gaisha siodłając konia widziała innych oficerów ze brygady
\"Sear\'ren?. Kątem oka widziała Reista żegnającego się ze swoją
brzemienną narzeczoną. Gdzieś dalej Seher ostrzył swój miecz. Dwaj bracia
korzystając z ostatnich chwil wolności grali w karty. Rozglądała się za Elwen,
która powinna niedługo wrócić. W tym momencie zagrały trąby na odprawę,
Ruszyła do środka polany gdzie stał namiot arcykapłana. Widziała swoich
oficerów idących w tym samym kierunku. Zobaczyła jeszcze łzy w oczach
ukochanej Reista, później oślepił ją wybuch na środku polany, zobaczyła
pędzącą w jej stronę falę światłości.

************
Elwen była niedaleko polany Starej Rady, gdy zobaczyła wybuch.
Gwałtownie ściągnęła
wodze, tak, że koń przysiadł na zadzie. Kobieta uspokoiła klacz i patrzyła
z niedowierzaniem na światło przed nią. Nagle zobaczyła, że z sakiewki
gdzie trzymała kamień z Rash również wydobywa się światło. Wyjęła
kamień, okazał się strasznie gorący, oparzona wypuściła go na ziemię.
Gdy kamień upadł wypłynął z niego cień, przybierając kształt Rash.
Kobieta leżała na ziemi, była na wpół przezroczysta. Elwen zeskoczyła z
konia i uklękła obok kobiety-cień. - Rash, co się stało? - zapytała
zatroskanym głosem. - Oni?- kobieta mówiła jeszcze ciszej niż zwykle - żegnaj
Elwen - Rash chciała dotknąć mokrego od łez policzka Elwen, ale nie
zdążyła. Rozwiała się, a kamień lezący obok stał się zupełnie biały.

*************
Król patrzył na polanę zasłaną ciałami i sam nie wiedział skąd
przyszły do niego słowa Gaishy: ?zaś ci, których za wrogów uważasz
przyjdą ci z pomocą?. Patrzył na polanę i ogarnął go dziwny smutek.
Przecież ocaliłem swój kraj, tłumaczył sobie, to było konieczne. Z
rozmyślań wyrwał go czarodziej. - Wydaje mi się, że skończyłam swoje
zadanie - powiedział beznamiętnym głosem. - Tak oczywiście, możesz już
odejść mistrzu - odpowiedział na niego Zzra.. Król się nie odwrócił, ale
usłyszał głośne pyknięcie, świadczące o tym czarodziej się
teleportował. Nagle zobaczył jak na polanę wpada jeździec - kobieta. Widział jak
zeskakuje z konia i podchodzi do pierwszego ciała, odwraca go, wstaje i
chwiejnym krokiem rusza dalej. Król wskazał pachołkom, żeby przyprowadzili
kobietę do niego.

*************

Elwen ledwo, co utrzymywała się na nogach,
ale szła dalej wśród morza trupów, którymi była zasłana polana. W
pewnym momencie zobaczyła czarny płaszcz z wyszytym smokiem. Przypadła do
ciała odwróciła je na plecy, zobaczywszy twarz żołnierza poczuła ogromną
pustkę. Spod hełmu patrzyły na nią jasne oczy Gaishy. Zamknęła jej
powieki. Wstała kawałek dalej zobaczyła młodego Reista, niedaleko niego
leżała jego narzeczona. Usłyszała za sobą jakiś dźwięk, przez mgłę
zasnuwającą jej oczy zobaczyła dwóch zbliżających się do niej mężczyzn,
ubranych jak pachołkowie. Bez oporu dała się schwytać o posadzić na jednym
z koni, już nic jej nie obchodziło. Pachołkowie zaprowadzili ją przed
króla, a właściwie rzucili ją do jego stóp. Kiedy Elwen podniosła wzrok,
zobaczyła mężczyznę o monarszej postawie, poznała go, spojrzała w jego
błękitne oczy. - Mógłbym kazać cię zabić bezboleśnie, jak twoich
przeklętych towarzyszy, ale z chęcią posłucham, co masz do powiedzenia. Oczy
Elwen zapłonęły nienawiścią i żądzą mordu. - Król od siedmiu
boleści, idiota, pyszałkowaty ignorant - wyrzucała z siebie następne
przekleństwa, z czasem coraz bardziej plugawe. Twarz króla tężała z każdym
wypowiedzianym słowem. - Dość! - przerwał gniewnie, - jeżeli tylko powiesz coś
jeszcze? - nie dokończył skinął na jednego z pachołków, ten dał mu
miecz. Król przytknął czubek ostrza do piersi Elwen. - Radzę ci się
zastanowić, zanim coś powiesz. Elwen spojrzała na niego wzrokiem całkowicie
wypranym ze strachu. - Niby, czemu miałabym się bać ostrza? Teraz nie mam, po
co żyć, tobie z resztą radzę, byś sam nadział się na swój miecz, bo
teraz nie ma żadnej nadziei. Ostrze przebiło lnianą koszule i boleśnie
ukłuło skórę. Jednak Elwen nie spuściła głowy, ani nie się nie
skrzywiła. - Właśnie zabiłeś swoich ostatnich sprzymierzeńców. - Nie próbuj
mnie tak bezczelnie okłamywać. Myślisz, że nie wiem, kim jesteście i komu
służycie? W oczach kobiety błysnął cień zrozumienia i w tym momencie
wybuchał gorzkim śmiechem. - Więc uważasz, że wiesz, kim jesteśmy z na
pół wyblakłych stronic starej legendy? Król otworzył szerzej oczy. - Tak
myśleliśmy, że to właśnie w twojej bibliotece znajduje się jedyna,
niezniszczona kopia zapisu naszej legendy?i co z niej wyczytałeś o wielki
królu? Czyżby była tam mowa i Wyznawcach Melara, których znakiem jest romb
czarnym z okiem krwistym, mieczem przecięty, którzy niosą ogień śmierć
Znienawidzonym u władzy stojącym? Król nic nie powiedział, nie przejmował
się również drwiną w głosie kobiety. - Skąd to wiesz? - Twoje myśli są
aż nadto wyraźne. - Elwen uśmiechnęła się smutno widząc zdziwienie
malujące się na twarzy króla. - A czy nasz wspaniały wszystko wiedzący
król zadał sobie na tyle trudu, żeby spróbować przeczytać tą zamazaną
część zapisu? Zapewne jakby chciał przeczytałby, że Wyznawcy Melara
przybyli to tego świata zaraz po sekcie Kinicea, do której to właśnie należy
przydomek ?niebezpieczni? i że to oni szli z krwią swych braci na mieczach.
To oni są Znienawidzonymi, to oni pożądają władzy. Do sekty Kinicea
należeli członkowie rodu de Neseser, których za zadanie miała zamordować
Gaisha Meneret. Kobieta patrzyła królowi w oczu, wzrokiem pełnym
nienawiści. Nie wytrzymał tego spojrzenia, odwrócił wzrok, miecz wypadł mu z rąk
- Nie wierzę ci - jego głos świadczył jednak o czymś innym. - Mało
mnie już to obchodzi, powiedziałam ci prawdę, co z nią zrobisz to już twoja
sprawa, ja ci w niczym pomagać nie będę. Ruchem szybszym niż można
było się tego spodziewać, Elwen wyjęła z cholewy buta sztylet i dźgnęła
nim siebie idealnie pod mostek. Nóż rzuciła pod nogi królowi i upadła.
Rosła pod nią karminowa kałuża. Król przypomniał sobie o całym świecie
dopiero, gdy usłyszał hałas za plecami. Odwrócił się. Dwoje
pachołków, oraz rycerz leżeli martwi, przed nim stał Zzra z nożem wycelowanym w
jego serce. - Dziękuje za wyświadczenie tak nieocenionej przysługi -
powiedział innym niż zwykle głosem Zzra - i o ile poprawi ci to
humor?panie?wiedz,
że dziewczyna nie kłamała. Mężczyzna pchnął go silnie nożem, król
upadł w jego ramiona. Otoczyła go mgła, nim jednak całkowicie siebie
zapomniał usłyszał szept Zzra tuż przy swoim uchu. - Za Kinicea ...