Dolina długich cieni.
- Odwrót, odwrót! - donośny krzyk heroldów uniósł się ponad bitewne kłębowisko, jak stado szpaków z olszynowych zarośli. Lewe skrzydło oddziałów Sigur'a Arakhai'a rozpierzchło się pod przemożnym naporem zgiełkliwego batalionu czarnych orków hordy południowo-zachodniej. Skórzane proporce z wyobrażeniem niebieskiego wodospadu pomiedzy dwoma skałami załopotały złowieszczo nad zastygłymi w śmiertelnym bezruchu twarzami paladynów i wspomagającej piechoty.
- Przegrupowanie, przegrupowanie... - darł się Glanis ; łucznicy wycofać się w środek, jazda szyk klinowy, obrona, obrona! - Jego potężna postać zakuta w czarną adamanitową zbroję wyróżniała się na tle rozgożałej na polu bitwy paniki. Lewe skrzydło i część środka niemal całkowicie poszły w rozsypkę. Jedynie dwa bataliony ciężkiej jazdy pod wodzą Asphodela herbu Kocie Oczy trzymały się dzielnie po prawej stronie pola bitwy.
W sztabie generalnym stacjonującym na wzgórzu również wybuchła panika.
- Jeszcze można zapanować nad tą bitwą ; rzekł Sharus, pierwszy mag i osobisty doradca Sigura Arakhaia. - Niech Asphodel odpuści, ucieknie na lewe skrzydło, wtedy wypuścimy piechotę o tu... - zakończył niepewnie wskazując zakręconym paznokciem ciemniejsze miejsce na szklanej mapie rozłożonej na stole.
Mają udawać odwrót? ; zapytał Esmael.
- Orkowie nie mają szans w starciu z ciężkozbrojną jazdą... - odparł tamten ; to pewne, że potraktują to jako odwrót. Oddziały Asphodela dobiją ich a w międzyczasie niech przegrupuje się środek.
- Niepodobna! Łucznicy mają szansę jedynie w starciach na dystans, orkowie zmiotą ich niczym garść prochu!
- Wtedy Asphodel wróci im na pomoc...
- A jeśli nie zdąży?
Po tych słowach w namiocie zaległo ciężkie milczenie.
- Dość tego ; odezwał się w końcu skryty w ciemności Sigur Arakhai. - Rozkażcie siodłać. Straż przyboczna przygotować się do walki.
- Nie możesz włączyć się do bitwy panie ; wykrzyknął Sharus. - Kto będzie dowodził jeśli ciebie zabraknie?
- Zamilcz, gadzi języku, sam będę dowodził, blisko moich żołnierzy. Fidelianusie, pojedziesz ze mną. - zwrócił się do siedzącegego w rogu namiotu maga w żółtym odzieniu.
- Jak każesz panie ; odpowiedział tamten i wyprostował się wspierając na mosięznej lasce, której zwieńczenie tliło się delikatnym niebieskim blaskiem. Był niewysokiego wzrostu i wątłej postury. Jego twarz skrywał obszerny kaptur, który opadając na ramiona, przeradzał się w ciężką tunikę, sięgającą ziemi. - Pozwól, że wzmocnię cię przed bitwą. Wyrzekłszy te słowa uniósł w górę laskę i wykrzyknął melodyjne słowa zaklęcia. Sigur Arakhai poczuł spływające na niego błogosławieństwo. Z góry spadł nań silny podmuch i błyskające ożywcze światło. Stary generał w jednej chwili poczuł się młodszy o kilkadziesiąt wiosen, silniejszy i pełen bojowego ducha. Czuł jak magiczna siła oczyszcza mu głowę z natłoku niepotrzebnych myśli. Powoli zapominał o zgryzotach, o wszystkim, co było dlń tak zawsze drogie. Oczyma duszy ujrzał swych podkomendnych, tratowanych podkutymi orczymi stopami.
- Do walki! - wrzasnał i wybiegł na dziedziniec.
- Ruszaj panie ; zjawię się niebawem ; powiedział spokojnie Fidelianus. - Wygramy tę bitwę.
Kawalkada złożona ze straży generalskiej opadła płaską tyralierą ze wzgórza, na którym powiewały sztabowe proporce. W dolinie panował zamęt. Oddziały Asphodela przełamały opór lewego skrzydła hordy. Niedobitki batalionów ze środka grupowały szyk obronny w środku pola, zaraz przed łucznikami. Pułkownik Glanis szalał ze swoimi doborowymi jeźcami wśród uciekających orczych band, które odrywały się od bitewnego kłębowiska coraz częściej i kierowały ku macierzystym leżom.
- Naprzód! - wrzeszczał Arakhai połyskując uniesionym nad głowę mieczem. Krytyczne natarcie zdawało się być odparte. Dowódcy wiedzieli jednak, że horda nie odpuści zbyt łatwo. Generał postanowił, uderzyć z marszu na lewe skrzydło, by później móc jak najprędzej przegrupować środek i dać pole dla magów-lekarzy. Pokaźna grupka tych ostatnich wyłoniła się z pobliskiego zagajnika, w którym skryli się na drzewach. Byli to przeważnie młodzi adepci królewskiej szkoły białej magii. Nie potrafili walczyć. Kiedy tylko ostatnie bandy orków zniknęły za wzgórzem, pojawili się pomiędzy oddziałami, wszyscy odziani w białe peleryny, ledwo widoczni w słonecznym blasku. Dolinę wypełniła życiodajna aura. Leżące w krwawym błocie ciała rozbłysły wątłym złotym blaskiem. Krwawiące rany same się zasklepiały i lekko oszołomieni rycerze wstawali po chwili o własnych siłach jakby się nic nie stało, jakby właśnie wyszli z sypialnych komnat. Gdyby nie zapach krwi i końskiego potu, który wypełniał powietrze nad doliną, gdyby nie kłębowiska trupów rozniesionych orkickimi stopami, można by pomyśleć, że nic się tu nie wydarzyło.
- Szykują się do nowego ataku ; Arakhai usłyszał tuż obok głos Fidelianusa. Odwrócił głowę i ujrzał maga unoszącego się na wysokości dwóch łokci nad ziemią ; radzę zofnąć jazdę na wzgórze i przystąpić do ofensywy czem prędzej, panie.
Jakby w odpowiedzi na te słowa dolinę wypełnił głuchy miarowy tętent.
- Rzucą nam smoczą jazdę! - krzyknął Glanis, który pojawił się również jak spod ziemi obok generała.
- Ofensywa! na wzgórze! - wrzasnął dowódca. Z chwilą, gdy to mówił, oddziały Asphodela już się tam znalazły. - Łucznicy formować bramę, szyk klinowy!
- Będę was osłaniał ; szepnął Fidelianus. Prawie natychmiast spowił go kłąb dymu i rozpłynął się w powietrzu. Arakhai dostrzegł go zaraz na szczycie wzgórza, za którym znajdował się obóz orków. W tej samej chwili dostrzegł także gęste zielone obłoki jakby z mgły. Doskonale znał ten widok. Mag wzniecił trującą mgłę z ciał poległych. Mgłę śmiertelną dla nieświadomych żołnierzy. Uszu generała dobiegały wykrzykiwane jedno za drugim zaklęcia, które poskładane w całość przypominały przeciągłą wojenną pieśń. Kupy orkickich zwłok unosiły się i paliły na przemian. Po kilku chwilach nie było już nic widać.
Armia znieruchomiała na wzgórzu nasłuchując. Tętent tymczasem zdawał się coraz bardziej wyraźny. Dudnił cały świat. Orcze oddziały mogły zjawić się z każdej strony.
- Nadejdą z prawej ; rzekł Fidelianus, który pojawił się nagle pomiędzy żołnierzami. - Chcą okrażyć naszą ramię, by mieć dostęp do sztabu.
- Jazda, szyk! - Krzyknął Arakhai.
- Mają smoczych jeźdźców ; powiedział mag ; ściągnijcie ich na środek pola, to się nimi zajmę.
Czuwaj nad nami czarodzieju ; odparł Asphodel. - ta bitwa będzie trwała bardzo długo.
Jakby w odpowiedzi na słowa generała las z prawej strony doliny zaczął się ruszać, przybliżać jakby. Po chwili wyraźnie było już widać smoczych jeźdźców. Orkowie czynili całe wyprawy, by kraść smocze jaja z gniazd. Ściągnęli przez to na siebie niełaskę zarówno smoków, jak i ludzi. Szkolili później smocze pisklęta do walki. Obcinali im skrzydła, by te nie mogły wzbić się do lotu. Służyły im za zwierzęta pociągowe i wojenne. Kłuli im zbroje, a na łby nakładali długie stalowe dzioby, stanowiące w bezpośrednim starciu śmiertelne zagrożenie.
- Ataaak! - wrzasnął Arakhai i ruszył naprzód. Jedynie impet mógł powstrzymać smoczych jeźdźców. Piechotę lub pikenierów zmietliby w jednej chwili z powierzchni ziemi. Generał zdecydował się najpierw rzucić oddziały Asphodela, później przybocznych. Dalej mieli atakować piechurzy i paladyni, którzy stracili w bitwie konie i teraz kłębili się pozostawieni sami sobie w tyle.
Po chwili Fidelianus zosał sam na zboczu wzgórza. Obserwował zbliżające się do siebie armie. Serce kłuo go, jakby połknął drewnianą kulkę najeżoną igłami.
- Biedni są żołnierze ; usłyszał w pobliżu znajomy głos.
- Mefisto... - szepnął odwracając się za siebie. Jego oczom ukazała się wysoka chuda postać odziana w ciemną tunikę. - Wiedziałem, że się w końcu pojawisz.
- Czemu i mnie zdawało się, że spotkam cię przy okazji tej potyczki... ? - szaman zrobił kilka kroków naprzód i oczom Fidelianusa ukazała się biała maska skrywająca twarz tamtego.
- Nie goi się? - zapytał mag ze skrywanym uśmiechem.
- Nie ; odrzekł tamten, po czym odsłonił twarz przypominającą bezkształtny kawał mięsa z oczami bez powiek. - to nie ważne.
- Nie jestem tu by znów z tobą walczyć ; powiedział.
- Zemsta ma swoje prawa, nekromanta powinien o tym wiedzieć...
- Pozbawiłeś mnie najbliższych... a ja ciebie twarzy... wiesz, że ta bitwa, w porównaniu do kolejnego starcia między nami, to dziecinna zabawa...
- Mag jest zawsze sam ; odpowiedział Mefisto.
- Dla maga ciało jest tylko kolejnym surowcem ; szybko zripostował Fidelianus. Uniósł w górę laskę, która wysłała kilka słabych promieni w kierunku kłębowiska żołnierzy.
- Dość ; wrzasnął Mefisto. - Chodź za mną. - Zawył przeciągle jak sęp i uderzył pięściami w brzuch maga. Fidelianus poczuł potworne ukłucie w dole brzucha. Nie mógł się ruszyć. Wyszli poza czas. Pole bitwy naraz oddaliło się o kilka wiorst. Znaleźli się w obitej czerwonym aksamitem komnacie rozświetlonej zielonym światłem bijącym od płonącego w jej środku kryształu.
- Niedoczekanie twoje orku! ; krzyknął Fidelianus. Zaśpiewał kolejne przekleństwo. Otoczył się ognistą aurą. Po chwili sufit komnaty oderwał się z hukiem i mag wystrzelił w górę ciągnąc za sobą szamana. - Chcesz walki? - zapytał złowrogo. Po chwili znaleźli się pośrodku pola bitwy ze wszech stron otoczeni kłębiącym się tłumem zbrojnych.
- Zrobić miejsce ; zakrzyknął Mefisto i w jednej chwili zwarte w śmiertelnym uścisku armie rozstąpiły się i stanęły bez ruchu jak rażone spojrzeniem meduzy.
- Walcz! - Fidelianus skoncentrował się na masce tamtego. Jego pole widzenia zaćmiło się od niebieskiego światła, uszy wypełnił szum tysiąca drzew. Widział tylko tę maskę migającą w pobliżu jak błędny ognik. Zaczął od trzech żywiołów. Powietrze wypełnił jego melodyjny głos. Z nieba spadła energia wiatru. Mag czuł jak dosięga przeciwnika, lecz po chwili cała siła, którą włożył w zaklęcie rozpierzchła się na wszystkie strony. Stojący za plecami Mefista orkowie przygięci zostali do ziemi, pod naporem zaklęcia, które szaman odbił i poprowadził ku rozproszeniu. Fidelianus nie przestawał jednak śpiewać. Przywoływał ziemię i wodę, raził przeciwnika energetycznym deszczem. Mefisto nie pozostawał mu jednak dłużny. Jego zaklęcia przypominały ryk wilka. Klaskał w dłonie i robił uniki całym ciałem. W końcu obaj padli na na trawę. Na chwilę wszystko umilkło. Zaraz jednak Fidelianus uniósł się lewitując w górę, zamachnął laską i potężnym ciosem ściął z nóg kilkunastu stojących tuż obok Mefista orków. Nim ten zdołał się podnieść, Fidelianus rozkazał im powstać z martwych. Zwłoki zakołysały się jak galareta, lecz po chwili ożywieńcy podążyli do bezmyślnego ataku na niedawnego dowódcę. Opletli Mefista zwartym kordonem i wyciągnęli ku niemu łapy. Ten jednak bez trudu uniósł się ponad nich i raził Fidelianusa swoim wrzaskiem. Magowi zdawało się przez chwilę, że stracił słuch. Jego głowę wypełniła wszechogarniająca cisza, w której słyszał tylko złowrogie szepty. Ork raził go strumieniem rozpaczy. Fidelianus znał dobrze rozsławione w magicznym świecie efekty tego zaklęcia. Wielu początkujących magów, poddanych jego działaniu nie dochodziło już później do siebie. Mag zapragnął też zaraz własnej śmierci. Ręce odmówiły mu posłuszeństwa. Bezwiednie ujął drzewiec laski, odwrócił ją i wepchnął sobie w usta koniec, który odpierał się na ziemi. Poczuł rozdzierający ból w gardle. Resztkami świadomości zmobilizował swą wolę, by efekt mechanicznego uszkodzenia ciała, którego przed chwilą doznał zamienić w magiczny potencjał. Poczył się naraz ogromnie słaby fizycznie. Na jego wątłym ciele wystąpiły sine plamy, skóra popękała natychmiast wokół oczu i na reszcie twarzy. Wyglądał jak starzec. Wykrzyknął zaklęcie przywołujące Przeklętego. Ten zjawił się natychmist i stanął pomiędzy nim a przeciwnikiem.
- Zabij ; szepnął Fidelianus. Przeklęty, w odpowiedzi jakby, rzucił się na Mefista. Obdarzony sześcioma rękami zbrojnymi w szable był w stanie w jednym starciu poćwiartować ciężkozbrojnego. Nie w tym wypadku jednak. Fidelianus wiedział dobrze, że przywołując go podejmuje ogromne ryzyko. Mefisto zachwiał się, po czym osunął na ziemię. Przeklęty stał chwilę zdezorientowany. Fidelianus stracił jednak zaraz nad nim kontrolę. Przeklęty zwrócił się przeciwko magowi. Nastroszył szable i zaczął się zbliżać. Fidelianus w okamgnieniu posłał ognistą kulę w kierunku orczego oddziału. Nim opanowany przez Mefista Przeklęty zbliżył się na odległość umożliwiającą atak z ciała maga zniknęły bruzdy i sińce. Wyssał życie ze zwłok zabitych orków. Zmobilizował się raz jeszcze po czym ożywił leżące na ziemi ciało Mefista. Ten ostatni nie spodziewiał się widocznie takiego obrotu sprawy, bo zaatakował z lekkim opóźnieniem. Jego ciało uniosło się kilka stóp ponad polem. Fidelianus wiedział, że zyskuje przewagę. Nierozerwalna więź duszy ze ścierwem, nakazaywała jej zawsze powrót. Wkrótce zaklęcie Mefista straci swą moc, a on sam będzie musiał przyjąć dawną formę. Wtedy Fidelianus zamknie ducha przeciwnika w kamieniu i wygra.
- Zaskoczony? - zdążył zapytać nim potężny cios szabli pozbawił go nadgarstka, który utrzymywał laskę. Fidelianus natychmist opuścił swe ciało i przeniknął do ożywionego Mefista. Uniósł w górę dłonie i całą siłą ognia natarł na przeciwnika. Wolał nie używać magii płomienia posiłkując się własym ciałem. Zbyt dużo zabierała fizycznej energii. Teraz mógł osłabić ciało przeciwnika i zaatakować siłę jego woli jednocześnie. Ubrany w ciało Przeklętego Mefisto poćwiartował zwłoki maga i zwrócił się przeciwko własnemu. Fidelianus wystrzelił w górę. Posłał ku szamanowi jeszcze kilka śmiertelnych płomiennych podmuchów, po czym rozproszył część swojego magicznego potencjału po skrytych w zagajniku magach-lekarzach. Ci pojawili się zaraz nieopodal miejsca starcia i poczęli składać poćwiartowane mięso na powrót do kupy. Mefisto nie czekał, tylko od razu przystąpił do systematycznej eksterminacji. Ciął metodycznie. Wokół latały ludzkie głowy i tryskała krew. Lekarzy było jednak zbyt wielu. Po chwili w krwawej kałuży stało nagie ciało Fidelianusa jażące się jeszcze lekko w miejscach scalania członków. Mag natychmiast opuścił ciało Mefista, by znaleźć się na powrót w swoim. Ścierwo szamana, unoszące się do tej pory w powietrzu spadło zaraz na ziemię i uderzyło o grunt wydając głuchy odgłos. Fidelianus chwycił leżącą nieopodal laskę i z całej siły uderzył przeklętego pomiędzy odnóża. Ten zniknął. Mefisto stał tuż obok, jakby nigdy nic.
- Co, do kroćset? - zaklął Fidelianus szeptem. Nie mógł się ruszyć z miejsca.
Odpuszczasz nerkomanto? - zapytał szyderczo Mefisto.
Niedoczekanie twoje, ścierwo... - odpowiedział mag posyłając w jego kieunku strumień niszczącej energii.
- Jestem jak nowonarodzony ; wrzasnał tamten odskakując. Uniósł się na powrót w górę i zaśpiewał swoją pieśń rozpaczy. Fidelianus złapał się dłońmi za brzuch, tak silnie, że po chwili pękła mu na nim skóra i w dół, ku trzewiom popłynął strumień krwi. Leczenie na nic by się nie zdało. Fidelianus ostatkiem sił posłał ku Mefistu ognistą kulę. Ten wszedł w nią bez oporu, po czym osunął na ziemię. Czar był bezbłędnie celny. Mefisto kłamał. Teraz wił się w błocie dotkliwie popażony. Fidelianus osunął się bez przytomności. Czuł, że jego ciało umiera. Zebrał ostatki potencjału by odzyskać jasność ducha. Ujrzał zaraz pobojowisko i stojące w bezruchu armie. Mefisto musiał ich zatrzymać nie na długo. Niektórzy się już powoli budzili z bezruchu. Smoki przewracały ślepiami i zaczynały ciężko dyszeć puszczając kłęby pary z nozdrzy. Słychać było rżenie koni.
- Eshieemoor Apatharei! - wypowiedział ostatkiem sił. - Shapaas Apatharei... - Odzyskał przytomność i znalazł tyle siły, by stanąć na nogach. - Shapaas, shapaas... Eshieemoor Apatharei, Namaeen!
Regenerował siły. Wysysał resztki życia z zaległych na polu zwłok i zamieniał je w magiczny potencjał. Mefisto leżał bez ruchu. Fidelianus podszedł do niego i szybkim ruchem ręki pozbawił go maski. Oczy Mefista zaszły bielmem . Były bez życia. Coś było jednak nie tak... Jakby w odpowiedzi na swoje obawy Fidelianus poczuł dotkliwe ukłucie w plecy na wysokości wątroby. Próbował powstać i się odwrócić, ale coś mu uniemożliwiało ruch. Zdążł zadrzeć tylko głowę, by dostrzec zwaliste ciało jednego z orczych wojaków wbijającego mu pięść w plecy.
Mefisto... - urwał półgębkiem i zgasła w nim świadomość. Ork włożył nagą dłoń w ciało maga, jak wbija się noże w kuchenne masło. Powierzchnia pleców Fiedlianusa zakołysała się niczym galaretowata ciecz. Po chwili, śmiejąc się głośno, ork wyjął rękę z ciała maga i uniósł w górę w geście zwycięstwa. Czarodziej osunął się na ziemię. W dłoni oprawcy błyskało niebieskim światłem niewielkie opalizujące jajo.
- GRRRRR!!! - Rozległ się przejmujący opasły ryk. Odpowiedziało mu tysiące orczych głosów i cała horda na powrót rzuciła się do walki. Mefisto podniósł się z krwawego błota. Wyciągnął rękę po jajo, po czym przejął je z namaszczeniem właściwym świętym relikwiom. Dzierżył je przez chwilę w dłoni, po czym połknął w całości.
- Nie tak się umawialiśmy ; usłyszał za sobą głos Sharusa. - Wy wygrywacie bitwę, my bierzemy jajo.
- Za późno, przyjacielu ; odrzekł Mefisto z uśmiechem. - Cała wiedza poczciwego Fidelianusa jest już w mojej głowie...
- Przecież przestał się już liczyć w świecie magów... obojgu nam na tym zależało.
- Mnie bardziej... - to rzekłszy dobył sztyletu i przejechał nim wzdłóż ciała Sharusa. Złapał jego jego ducha w rękojeść, którą po chwili również połknął. Zaraz potem uniósł się w górę, by zorientować w postępie walk. Po zachodniej stronie pola ostał się jeszcze niewielki przyczółek, gdzie bronili się najbardziej waleczni wodzowie - Asphodel, Glanis i Sigur Arakhai. Mefisto zmróżył oczy i postanowił zostawić ich hordzie do przemiału. Oddalił się wstępując na obłok.
Epilog
Klika dni po bitwie, kiedy już poćwiartowane ciała Sigura Arakhaia i Asphodela herbu Kocie Oczy wisiały przy bramach wjazdowych królewskiego miasta Kiliadem zajętego przez hordę, w Dolinie Długich Cieni zjawili się elficcy zwiadowcy. Przedzierając się bezpośrednio przez gnijące ścierwo poległych natknęli się na ciało Fidelianusa i oceniwszy, że jeszcze jest w nim życie zabrali go do swej wioski za wielkim lasem, w cieniu drzew. Fidelianus potrzebował kilku miesięcy by wydobyć się ze śpiączki. Nim stanął na nogach minęło drugie tyle czasu. Mieszkał w domostwie Crestusa, prefekta zwiadowców. Nazwano go Galieenei, co w miejscowym narzeczu oznaczało ocalałego. Z czasem zaczął uchodzić za niedojdę. Nie odzywał się ni słowem. Unikał towarzystwa. Przesiadywał całymi dniami w lesie, bawił się z elfickimi dziećmi i podbierał ptakom jaja z gniazd. Crestus z czasem wziął go na parobka. Nauczył podstaw władania łukiem, czytania znaków natury. Zmiarkował się szybko, że człowiek ów nie jest kimś przeciętnym, zwykłym szeregowym żołnierzem. Coś mu podpowiadało, że pewnego dnia, tajemniczy przybysz przemówi i siądą razem do stołu jak równy z równym. Kiedyś...



