Historia pewnego maga.


Laska maga spoczywała leniwie w kącie pomieszczenia. Siedzący na krawędzi łóżka Radgar, z ręką przyłożoną do ust w geście zamyślenia, patrzył na nią już od dłuższego czasu. Patrzył dość podejrzliwie, jakby chciał coś z niej wyczytać. Obserwował ją zupełnie tak, jak obserwuje się starego wroga, którego ściga się od wielu lat. I dzięki temu szaleńczemu pościgowi właśnie, zżył się już w jakimś stopniu z tym swoim odwiecznym wrogiem. Gdyby już nawet tego wroga dogonił, dopadł i zabił, byłoby mu i tak ciężko.
Czy lubił swoją profesję? Oczywiste dla niego było to, że nienawidził jej z całego serca. Lata nauki, stosy papierów, sterty ksiąg, wgłębna analiza filozofii, prawideł przyrody i równań energii… po to, by być jakimś cyrulikiem chodzącym od wsi do wsi i straszącym niegrzeczne dzieci wywarami z wilczomlecza. Ale kim mógłby być? Magia pociągała, dopóki się jej nie poznało. Była ciekawa, póki coś skrywała, ale z każdym zaklęciem stawała się mniej tajemnicza i okazywała się często wręcz nieużyteczna. W praktyce bowiem, w tym szarym świecie, nikomu już ona nie była zbytnio potrzebna. Większość ludzi z miast nie wierzyła już w cudowne eliksiry miłości, w mikstury pomagające na wszystko, we wróżenie przyszłości z gwiazd. Rola magów była silnie uzależniona od tak zwanego współczynnika szczęścia, który tak naprawdę zależał tylko i wyłącznie od wykładnika znajomości, oraz masy właściwej mieszka. A Ragdar nie miał ani jednego, ani drugiego.
Czarodziej podrapał się po swym kilkudniowym już zaroście i położył się na łóżku. W jego głowie, jak co dzień, kłębiły się pomysły na to, jak zapłacić za pokój w którym przebywa i łóżko, na którym właśnie leży. I za strawę...
- właśnie - powiedział po chwili, jakby do białej kartki sufitu - jedzenie.

Contenvalowie, mimo swej serdeczności i gościnności, wydawali się patrzeć na czarodzieja jakby spode łba. Gdy ten wyszedł ze swej komnaty, w kierunku spiżarki cała rodzina Contenvalów skupiła swą uwagę na nim, dając mu do zrozumienia, że oni, podobnie jak on, są w nieprzyjemnej sytuacji finansowej. Zakłopotany nieco mag, jakby od niechcenia wypowiedział swą standardową już kwestię.
- Sarrae Contenval. Czy jest sprawa taka, w której mędrzec radą służyć może? - po tych słowach, zasiadł przy dębowym, solidnym stole. Kobieta, oderwana przez czarodzieja od mycia podłogi, wstała z klęczków, wytarła ręcę w szmatkę i usiadła naprzeciw, mówiąc
- No jest. Taka dość poważna sprawa.
- Mikstura na płodność? Chcecie na kimś szpiegować? Chochliki sikają wam do mleka?
- Nie - odpowiedział stanowczo maż kobiety, który nie wiadomo skąd, znalazł się nagle w tym samym pomieszczeniu. - mówi przecież, że to poważna sprawa. Kahar, czarodzieju. - powiedział bez ogródek Contenval, stając za krzesłem żony - Męczy nasz interes już od długiego czasu. Przychodzi wieczorami tutaj, do domu, i opowiada nam, jakie to straszne rzeczy on potrafi zrobić za pomocą noża. A potem musimy mu zapłacić. Mówi, że za to, że żyjemy.
Kobieta w tym czasie wstała i zakrywając uszy jednej z młodszych córek, wyprowadziła wszystkie dzieci z pokoju, w kierunku pokoi sypialnych.
- Trzeba się tym zająć, czarodzieju - ciągnął dalej Contenval - jeśli wiesz, co mam na myśli. Jak się tobie uda, to przez pół roku będziesz mógł siedzieć tu, a strawy i popitku ci nie zabraknie. Ale musi to wyglądać, jakbyśmy nie byli w to zamieszani. Bo jesli Tobie się nie uda, Kahar nas pochlasta.
Nastała chwila ciszy. Czarodziej był szczerze zaskoczony taką propozycją. Pierwsza myśl, jaka go naszła, to oczywiste odrzucenie takiej niemoralnej propozycji. Potem jednak zważył na porę roku - późna jesień nigdy nie wróżyła mu niczego dobrego. Następnie, jakby wyraźniej, pocuł skurcz żołądka. Nie jadł już w końcu nic konkretnego od jakichś dwóch dni. Potem pomyślał o swoim losie. O tych wszystkich żałosnyh próbach uzyskania jakiegoś grosza na kaszę, którą mógłby zjeść. O oszukiwaniu ludzi, którzy naprawdę wierzyli czasem w te jego głupie rady. O tych oszukanych kobietach, którym wywróżył piękną przyszłość. O starych ludziach, którym obiecywał, że na tą chorobę jest rada, dając im jednocześnie, do codziennego wcierania, kompletnie bezużyteczne maści. Propozycja, którą otrzymał, nie była moralna. Ale on już jakiś czas temu stracił swoją moralność. A nagroda za wykonanie zadania była istotnie wysoka.
- Trzeba się tym zająć, czarodzieju - powtórzył Contenval, wyrywając Radgara z zamyśleń.
- Zdecydowanie - Radgar starał się zachować kamienną twarz, mimo faktu, że czuł się poddenerwowany.
- To... wiesz... trzeba jakoś Kahara... usunąć
- Ta... - Radgar wiedział, że jego współrozmówca też odczuwa niepokój. Postanowił zagrać w otwarte karty. Zaczął mówić; tak cicho, że sam zastanawiał się, czy słyszy własne słowa - Słuchaj. Ja nigdy nie zabijałem człowieka. I nie sądzę, że byłbym w stanie to zrobić. - po tych słowach Contenval podniósł się, jakby chciał wstać - ale - Radgar chwycił go za rękę, wzrokiem jakby uspokajając go nieco - mogę tobie pomóc w zabiciu go. Mogę go sparalizować, uśpić, przytrzymać, unieszkodliwić. A ty go zabijesz.
Tym razem, to Contenval zaczął rozważać w sobie dylemat moralny. Zabić człowieka... bardziej mu pasowało "zlecenie usunięcia" niż "własnoręczne zabicie". Ale, na dobrą sprawę, usuwa przecież tylko syf społeczny, który przeszkadza innym w życiu. Powtarzał sobie, że on w tym całym konflikcie stoi po stronie broniącej się. I rzeczywiście, miał trochę racji w tym względzie. Nadchodziła zima, a rodzina Contenvalów nie zebrała tego roku zadowalających plonów. Przy tak wielkim "podatku" pobieranym przez Kahara, mogliby nie dożyć do wiosny.
- Dobra - powiedział zdecydowanie, po długiej chwili ciszy - zabiję go.
Oboje milczeli. Wiedzieli, że coś w ich życiu się zmieni. Może i nie do poznania. Ale, z drugiej strony, może i nie będzie tak źle.

- Vernitus agetaro... agarata... hm... khed devris? Cholera... - czarodziej nie używał magii destruktywnej przez wielki kawał czasu. Kiedyś, jeszcze w Królewskiej Szkole Arkanów, odbył co prawda "szkolenie praktyczne w zakresie magii ofensywnej". Wielu magów doskonaliło się w tej sztuce, aby dalej rozwijać swoje kariery w militariach. On przez takie egzaminy też musiał przebrnąć. I zaliczył je nawet. I nawet bardzo dobrze mu to poszło. Osiem lat temu. Teraz jednak, po ośmiu latach używania magii iluzorycznej, która - mimo niskiej wartości i użyteczności - była najbardziej efektowna, a co za tym idzie, majątkowa... teraz jednak już mało pamiętał z tamtych szkoleń.
Contenval wszedł dość niepewnie do stodoły, w której ćwiczył mag. Zajrzał jeszcze za siebie, czy przypadkiem nikt go nie śledzi. Oprócz jego własnego sumienia, nie było tam jednak nikogo.
- Dobra. Zaostrzyłem siekiere. Jak tam? Juz pamiętasz jak to szło?
- Tak. Wszystko wporądku. Wszystko będzie tak, jak zaplanowaliśmy - skłamał bezlitośnie Radgar. Ale kłamać potrafił dobrze. Osiem lat nauczyło go tego perfekcyjnie. Na tym w końcu zarabiał. Sam czasem zastanawiał się, czy zawód, który uprawia można nazwać czarodziejem, czy kłamcą - kiedy przyjdzie ten... Kahar?
- Nie wiem. Na pewno dziś. Pewnie będzie trochę podpity. Widziałem go dziś w tawernie, szalał z jakąś dziwką - Contenval ugryzł się w język. Nie wiedział, czy mag wydedukuje z tego, że on sam w tawernie przebywa dość często, zadłużając się u pewnej ponętnej damy.
- Dobra. Wchodzę na górę i tam czekam. Wszystko pójdzie jak z płatka.
Najwyraźniej uspokojony tymi słowami Contenval, wbił siekierę w drzwi stodoły, po czym wyszedł , sprawdzając, czy ktoś nadchodzi. I rzeczywiście... lekko chwiejnym krokiem, ktoś nadchodził.
- Radgar! Idzie!
Po chwili do stodoły wtoczył się Kahar. Był to rosły, umięśniony drab, który teraz wyglądał nieco komicznie, z podpitym wyrazem twarzy. Zamienili z Contenvalem parę słów. Po chwili, ztaczający się nieco Kahar usiadł na pieńku i zaczął, jak zwykle, opowiadać o tym, jak kogos oskórował i jak bardzo nie potrafi się rozstać ze swoim nożem.
Czrodziej przez cały ten czas próbował przypomnieć sobie formułę zaklęcia, wraz z paroma prawidłami dotyczącymi jego rzucania. Tak! Pamiętał. To szło chyba tak:
- Venturis agetaro keherd dervis - zaczął mamrotać pod nosem czarodziej. Rzeczywiście na końcach jego palców zaczęła gromadzić się energia. Począł powoli i spokojnie nadawać jej kształt za pomocą pociągłych ruchów rękami. Po jakimś czasie, zaklęcie wydawało się być skończonym.
Cisnął zielononiebieską, bezkształtną prawie-kulą w Kahara, wrzeszcząc ostatnie głoski zaklęcia. Kahar, zaskoczony rozwojem sytuacji, obrócił się na pięcie i pijanym, pełnym niedowierzania wzrokiem, patrzrył w lecącą prosto na niego zagładę. Ale, odziwo, jakoś w połowie drogi, z trzaskiem, energia rozproszyła się po pomieszczeniu. Zamiast sparaliżować Kahara, wypełniła stodołę zapachem naelektryzowanego powietrza.
"Zasada powtarzalności arcymaga Geversa" - powtórzył w myślach mag.
Kahar był oszołomiony atakiem tylko przez chwilę. Po paru momentach obrócił się spowrotem w kierunku Contenvala, częstując go prawym sierpowym i tym samym powalając go na ziemię. Bełkocząc coś pod nosem i zataczając się, podniósł go z ziemi. Mag w tym czasie zaczął schodzić po drabinie. Miał już plan.
- Te... Contenval... chciałeś mnie zabić, ta? Ja ci tu opowiadam takie ciekawe historie z mojego życia, ty mi za nie płacisz uczciwie, a tymczasem szykujesz jakoś gdzieś za plecami zamach na moje życie... - swą rozmowę Kahar wzbogacił, łamiąc rolnikowi nos, uderzając w niego głową. - Cośty w ogóle myslał? W ogóle kto to był ten pajac? - Kahar przypomniał sobie o czarodzieju, oraz o tym, że potencjalnie to właśnie mag powinien stanowić tu jakiekolwiek realne zagrożenie. Odwrócił się w jego stronę. Radgar rzucał właśnie czar. Drab bez namysłu rzucił z impetem Contenvala, wprost na narzędzia gospodarcze, które z hukiem pospadały z półek. Następnie, z pośpiechem, i dość nieudacznie ruszył w kierunku czarodzieja. Nabierając impetu, miał w zamiarze przewrócic go barkiem.
Czary iluzji Radgar znał jednak bardzo dobrze. Kahar, po przebiegnięciu przez mgłę, która jeszcze niedawno była magiem, znalazł się w czerwonym, śmierdzącym i niepokojącym pomieszczeniu. Nie wiedział, co się z nim dzieje. To zaś dawało Radgarowi chwilę czasu, który musiał cennie wykorzystać
Czarodziej podbiegł do Contenvala. Chciał go ocucić, ale ten był kompletnie nieprzytomny. Musiał podczas upadku oberwać jakimś twardym narzędziem, czego efektem była utrata przytomności.
- Contenval... nie taka była umowa... Kahar zaraz się zbudzi, a to ty masz go ubić, do ciężkiej cholery! - to mówiąc, Radgar trząsł ciałem rolnika - Wstawaj, Contenval! Wstawaj!
Zamiast Contenvala jednak, wybudzać zaczął się Kahar. Trzepiąc głową i próbując dojść do siebie zaczynał powoli rozróżniać kształty, w tym również kształt czarodzieja.
- Contenval! Wstawaj! Musisz go zabić! Musisz go zabić, do cholery!
Tą kwesitię, niestety, Kahar już usłyszał. Jego oczy wypełniły się strachem. Teraz widział, że oni naprawdę chcieli go zabić. Drab chwycił kawałek deski, który miał pod ręką i, zmagając się z resztkami iluzji w jego głowie, ruszył w kierunku niewyraźnego obrazu czarodzieja. Radgar zaś, widząc, że budzenie nie ma tu sensu, zaczął niemal odruchowo cytować jakieś zaklęcie. Pierwszym jakie mu przyszło do głowy było zaklęcie, które często rzucał na wszelkich straganach. Polegało ono na wystrzeleniu z dwóch palców czegoś na kształt fajerwerków. Sztuczne ognie oślepiły nieco pijanego napastnika. Padł jak długi na ziemię. W tym czasie Radgar wyciągnął siekierę z drzwi stodoły i na oślep rąbnął nia w leżące przed nim ciało.
Krew rozchlapała się po szacie czarodzieja. Uderzył powtórnie. Tym razem trafił w plecy, nieco pod szyję. Jeszcze raz. Znów pełno krwi. Jeszcze raz. Chyba połamał mu kręgosłup. Jeszcze raz. Jeszcze raz. Jeszcze raz.
Gdy mag odzyskał skrawki świadomości, odrzucił siekierę, jakby była przeklęta. Ręce jeszcze nigdy tak bardzo mu sie nie trzęsły. Usiadł pod drzwiami stodoły. Nie płakał, choć łzy, nie wiedzieć czemu, same spływały po jego policzkach, mieszając się z krwią zamordowanego. Był osowiały. Nie wierzył. Patrzył przez długi czas na własną rękę, nie mogąc uwierzyć, że należy do niego.

EPILOG

Contenval jednak nie przyjął do siebie maga na zimę. Fakt popełnienia współmorderstwa przeraził go na tyle, że stwierdził, że "umowa nie taka była". Radgar nie protestował. Był zbyt pochłonięty myslą o śmierci Kahara.
Kahar, jak się okazało, nie posiadał przy sobie żadnego noża. Wszystkie jego historyjki były wyssane z palca i miały tylko na celu zastraszenie Contenvala. Kahar był alkoholikiem, a alkoholicy potrafią często zrobić dużo, żeby mieć na wódkę. Contenval, razem z Radgarem, zakopali go pod stodołą.
Czarodziej przez jakiś czas nie mógł się pozbierać. Z czasem jednak przywykł do tej myśli, mimo, że torturowała go ona do końca życia.